|
LATA DZIEWIĘĆDZIESIĄTE W POLSKIM TEATRZE
"POSZUKUJĄCYM" Teatralny archipelag na planecie-Polska
Minęło już ponad 10 lat od pamiętnego przełomu roku 1989, który
okazał się brzemienny w skutki nie tylko dla polskiego życia
politycznego. Przemiana ustrojowa i przywrócenie swobód
demokratycznych musiały wpłynąć na polskie życie teatralne. Teatr -
sztuka żywa, dziejąca się tylko tu i teraz - zawsze bardzo silnie
rezonował lub współbrzmiał z rzeczywistością pozateatralną, a ta
siłą rzeczy w Polsce związana była ściśle z polityką. Jeden z
najwybitniejszych polskich dramatów - powstałe w 1901 roku WESELE
Stanisława Wyspiańskiego, w którym Polacy przeglądają się
nieustannie jak w zwierciadle, badając własną kondycję narodową i
duchową - zaczyna się od kwestii "Cóz tam, panie, w polityce?". Do
roku 1989 teatr polski był często miejscem oporu, walki o zachowanie
narodowej tożsamości i swobody ducha. Kiedy (wraz z upadkiem
komunizmu w Polsce w 1989 roku) wielkie marzenie o wolności wreszcie
się ziściło, teatr, kroczący dotychczas na czele pochodu,
niespodziewanie pogubił się. Stracił swoją uprzywilejowaną pozycję
miejsca, w którym wprost lub za pomocą skomplikowanego systemu
symboli i aluzji mówiło się prawdę i zachęcało do walki o zniesienie
cenzury, wolność myślenia i wypowiadania się, o demokrację i pełną
suwerenność. Teraz prawda, przynajmniej pozornie, leżała na ulicy i
nikt już nie oczekiwał od teatru wypełniania politycznej misji. Poza
tym w systemie wolnorynkowym, który w Polsce pojawił się wraz z
demokracją, kultura, a więc i teatr musiały podporządkować się
regułom rynku, co nie było łatwe wobec powszechnego braku pieniędzy,
mizerii mecenatu państwowego i nieistnienia tradycji mecenatu
prywatnego. Pojawiła się pilna konieczność przedefiniowania miejsca
i roli teatru. Wyznaczenia nowych zadań i powinności wobec
publiczności, które zahamowałyby jej gwałtowny odpływ z teatralnych
sal.
Początek lat dziewięćdziesiątych był dla teatru trudnym okresem.
Wszystko, bowiem wydawało się atrakcyjniejsze od teatru. Życie
porywało, oferując feerię nowych możliwości. Tradycyjna siła teatru
polskiego zakorzeniona w dziewiętnastowiecznej dramaturgii
romantycznej, niezmiennie aktualnej i najgłębiej komentującej naszą
rzeczywistość przez nieomal dwa wieki, załamała się. Pojawiła się
teoria o zmianie paradygmatu kulturowego. Jeśli paradygmat
romantyczny skończył się, to co się rozpoczęło? Jaka epoka? Jaki
styl czy konwencja teatralna? Teatr miał mało czasu. Natychmiast
zaczął dzielić się wedle nowych zasad. Część zespołów teatralnych (w
Polsce nadal dominuje teatr repertuarowy oparty na stałych zespołach
aktorskich) uległa presji rynku, a może atrakcyjności łatwego
poklasku i możliwego zysku, i zrezygnowała z wysokich ambicji
artystycznych, oferując swojej publiczności rozrywkę - czasem
rzetelnie przygotowaną, czasem łatwą i pretensjonalną. Nie wszyscy
jednak zrezygnowali z uprawiania teatru artystycznego, zachowali
gotowość najwyższego ryzyka, nie próbując poszukiwać ciepłego i
wygodnego miejsca w nowym świecie. Dziś widać wyraźnie, że wytrwali
zwyciężyli, choć często zwycięstwo artystyczne przychodzi łączyć im
z bardzo skromną sytuacją finansową. Oto jak u progu nowego
tysiąclecia wygląda polski archipelag teatralny, złożony z wielu
wspaniałych wysp, które razem tworzą coraz bardziej wyraźny pejzaż
archipelagu.
Wyspa umarłych
... jest szczególnie gęsto zaludniona przez twórców, którzy
ukształtowali współczesne oblicze teatru. Wymienić należy
przynajmniej trójkę artystów teatru, którzy definitywnie odmienili
oblicze teatru w Polsce, dokonując wielkiego otwarcia, odważnie
przeprowadzonego eksperymentu. Ich teatralna myśl odwróciła na
zawsze sposób myślenia o scenie, aktorze, roli i przeznaczeniu
teatru. Trzej wielcy reformatorzy to Jerzy Grotowski, Tadeusz Kantor
i Konrad Swinarski. Dwaj pierwsi artyści mieli zresztą wpływ na
przemianę myślenia o teatrze na całym świecie.
Konrad Swinarski (1929-1975) zapisał się w dziejach teatru przede
wszystkim jako inscenizator polskich narodowych arcydramatów:
DZIADÓW Adama Mickiewicza (1973) i WYZWOLENIA Stanisława
Wyspiańskiego (1974 ). Oba spektakle powstały w Starym Teatrze w
Krakowie w najlepszych czasach tego zespołu. Wskazywały zupełnie
nową drogę teatru: mimo teatralności przedstawienia wychodziły poza
teatralną konwencję; przełamywały zaklęty krąg sztuczności,
wychodząc w stronę egzystencji. Swinarski pokazał, że granica między
realnością i teatrem jest bardzo cienka, że oba światy ściśle się
przenikają i dopełniają, a ich problemy można rozwiązywać w obu
równouprawnionych sferach. Prawdę można znaleźć w teatrze, mało
tego, teatru powinno się używać jako narzędzia poszukiwania prawdy.
Oprócz polskiej dramaturgii romantycznej, Swinarskiego interesowała
także dramaturgia współczesna, a także dramaty Szekspira (reżyser
zginął w katastrofie lotniczej, pozostawiając rozpoczęte
przedstawienie HAMLETA). Wielokrotnie wystawiał Brechta OPERA ZA
TRZY GROSZE (1958), Dürrenmatta PRZYGODA PANA TRAPSA WG KRAKSY
(1965), Weissa MARAT/SADE (1964, 1967).
Swinarski, który pozostał wierny teatrowi repertuarowemu, dał jego
twórcom nową wiarę w to, że można odrzucić puste konwencje i uczynić
spektakl miejscem najżywszych emocji. A w widzach umocnił wiarę w
niekończącą się żywotność teatralnych działań i przemian.
Jerzy Grotowski (1933-1999) zrewolucjonizował myślenie o zadaniach i
roli teatru na całym świecie. Zmienił też pozycję aktora, sposób
jego kształcenia i pracy nad rolą. Inne zadanie miał też spełniać
spektakl. Przestał być widowiskiem, zaczął być procesem przemiany, w
którym uczestniczą zarówno aktorzy, jak i widzowie. Niewielka liczba
zrealizowanych przedstawień m.in. AKROPOLIS według Wyspiańskiego
(1962); KSIĄŻE NIEZŁOMNY Słowackiego (1965); APOCALYPSIS CUM FIGURIS
(1968), przejście do działań pozateatralnych i zerwanie z teatrem
doprowadziło do sformułowania nowego zadania sztuki: ma ona być
wehikułem, który pozwala człowiekowi przenieść się w rejony
nieosiągalne innymi metodami. Grotowski wyjechał z Polski (od 1985
roku pracował we Włoszech), wiele jego prac owianych jest do tej
pory tajemnicą. Od 1990 roku działa we Wrocławiu Ośrodek Badań
Twórczości Jerzego Grotowskiego i Poszukiwań Teatralno-Kulturowych.
Tadeusz Kantor (1915-1990) również był samotną teatralną wyspą.
Długo niedoceniany, do końca życia borykał się w Polsce z
trudnościami finansowymi, jego teatr CRICOT 2 nie dorobił się nawet
sali, w której mógłby próbować i tworzyć swoje spektakle. Wielki
światowy sukces Kantora rozpoczął się od premiery UMARŁEJ KLASY
(1975), spektaklu należącego do cyklu "Teatr śmierci". Kantor,
zakorzeniony w działaniach awangardowego środowiska krakowskich
malarzy, przez całe życie - jak na awangardystę przystało - pisał
teatralne manifesty. Bez przerwy, nieomal obsesyjnie komentował też
własną działalność teatralną. Oto jak zdefiniował istotę "teatru
śmierci", odkrywając jednocześnie jedną z najgłębszych tajemnic
teatru w ogóle:
"Sztuka jest zawsze za 'życiem' Ale właśnie dlatego, że jest sztuką,
podejmuje najbardziej fascynującą stronę życia - bo niewyobrażalną -
to jest pojęcie śmierci".
Nie oznacza to ani pesymizmu, ani dekadentyzmu. Przedstawienia
Kantora, eksploatujące intensywnie mechanizm pamięci i wspominania,
były próbą przeniknięcia na tamtą stronę. Sam artysta był głównym
bohaterem tego eksperymentu i pierwszoplanową postacią wszystkich
przedstawień. Przedzierał się w zaświaty, by zapanować nad zagadką
przemijania i umierania. Kochał śmierć, której nienawidził. Stworzył
nie tylko osobny wspaniały język teatralny, bogatą poetykę teatru,
ale przede wszystkim nadał sens wszelkim poszukiwaniom teatralnym,
które umieścił na granicy między życiem i śmiercią.
Podróż na wyspę umarłych pozwala odnaleźć jedną z największych
wartości polskiego teatru: to teatr autorski, znaczony osobowościami
wielkich reżyserów, ludzi teatru tworzących własne odrębne światy.
Pokazuje też, że wszystko, co w teatrze istotne wynika z głębokiej
wiary w to, że teatr nie jest rozrywką, uprzyjemnianiem życia,
sposobem spędzania czasu, lecz ryzykowną wędrówką ku nieznanemu,
próbą rozstrzygnięcia tajemnicy ludzkiej egzystencji. Mimo, że
wspomniani twórcy całą swoją teatralną działalność rozwinęli w
czasach, kiedy teatr spełniał wiele doraźnych funkcji politycznych,
ich teatr skoncentrował się wówczas na człowieku i nawiązał do
najwspanialszej tradycji, nakazującej traktować teatr jako narzędzie
poznania.
Wyspa starych mistrzów
Andrzej Wajda (ur. 1926), Jerzy Jarocki (ur. 1929) i Jerzy
Grzegorzewski (ur. 1939) stanowią pokolenie mistrzowskie polskiego
teatru. Wciąż niezwykle silnie zaangażowani w powikłane polskie
losy, nastawieni bardzo patriotycznie, od kilkudziesięciu lat
niestrudzenie stawiają Polakom przed oblicze wielkie zwierciadło
prawdy.
Dla Andrzeja Wajdy teatr stanowił dopełnienie jego pracy w filmie.
Głównym żywiołem zainteresowania reżysera była historia i jej wpływ
na losy jednostki. Najlepsze realizacje reżysera to trzy spektakle
według tekstów Fiodora Dostojewskiego: BIESY (1971), NASTAZJA
FILIPOWNA (1977) i ZBRODNIA I KARA (1984). Nową polską rzeczywistość
przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych Wajda
skomentował HAMLETEM według Szekspira (1989). Spektakl rozpoczął
wielką teatralną dyskusję o miejscu teatru i jego zadaniach w nowej
rzeczywistości. Przedstawienie grane było w teatralnej garderobie.
Bohaterem był aktor, a nawet aktorka (Teresa Budzisz-Krzyżanowska),
co podkreślało metateatralny charakter przedstawienia. Widzowie
stłoczeni w garderobie aktorki przymierzającej się do roli Hamleta
mieli czasami okazję zobaczyć od tyłu akcję przedstawienia, które na
scenie prowadził Klaudiusz i Gertruda, ale ważniejsze były
zakulisowe działania Hamleta, wyrzuconego nagle z wielkiego dramatu
historii, pozostawionego samotnie wobec pytania "być albo nie być".
To pytanie dotyczyło wtedy całego polskiego teatru, wszystkich
aktorów. Rzecz w tym, że tylko niewielu zdawało sobie wtedy z tego
sprawę. Wajda jest w Polsce instytucją. Mimo trudnych chwil, jakie
przeżywał reżyser w latach dziewięćdziesiątych, otwarcie przyznając
się do nieumiejętności skomunikowania się z nowym polskim życiem,
jego talent zalśnił ostatnio pełnym blaskiem w kinie i w teatrze
telewizji.
Jerzy Jarocki nową rzeczywistość skomentował ŚLUBEM Witolda
Gombrowicza (1991). Po ten jeden z najważniejszych polskich tekstów
dramatycznych sięgnął już po raz siódmy. Spektakl stał się głęboką i
precyzyjną analizą sytuacji dającej możliwość nadużycia władzy i
wolności. Główny bohater dramatu - Henryk - powraca do krainy swojej
młodości, ze świata przeoranego wojną. Stoi wobec sytuacji czystej
możliwości, czystej potencji. Za chwilę "zasłona wzniesie się" i
Henryk zacznie budować własny świat. Siódmy ŚLUB Jarockiego
zrealizowany w Starym Teatrze należy do największych osiągnięć
teatru polskiego ostatniego dziesięciolecia. W Teatrze Polskim we
Wrocławiu (jednym z najsilniejszych teatrów repertuarowych w Polsce)
Jarocki powrócił do Czechowa, wystawiając m.in. PŁATONOWA (1993) i
PŁATONOWA. AKT POMINIĘTY (1996). Te sztuki o ludziach przegranych
działają jak kubeł zimnej wody wylany na rozpalone ambicje "nowych"
ludzi, dla których jedyną wartością stał się życiowy sukces. Do
ważniejszych przedstawień zrealizowanych przez Jarockiego w latach
dziewięćdziesiątych należą także KASIA Z HEILBRONU Kleista (1994) i
FAUST Goethego (1997). Jarocki to także znakomity nauczyciel
aktorstwa. Niezwykle precyzyjnie analizuje teksty i wyznacza zadania
aktorskie, żądając od aktora nie tylko ogromnego posłuszeństwa i
determinacji, ale także nadludzkich zdolności i wyjątkowej
koncentracji. Niemal każdy, kto przeszedł przez tę konserwatywną i
tradycyjną szkołę teatru, zyskał wspaniały aktorski szlif.
Jerzy Grzegorzewski stworzył zupełnie osobny, odrębny teatr
autorski. Prowadząc od 1982 roku warszawski Teatr Studio, realizował
przedstawienia eksperymentujące z formą teatru i poszerzające wciąż
jego granice. Nie liczył się z gustami publiczności ani jej
przyzwyczajeniami. Skreślał bezlitośnie ogromne partie tekstu,
mieszał Becketta z operetkami... Każde przedstawienie udowadniało
nieograniczoną pojemność teatru jako środka wyrazu, jego zdolność do
wchłonięcia tego, co przynależało do sfery muzyki i plastyki.
Grzegorzewski, szanując możliwości intelektualne widza, nieustannie
otwierał drzwi do jego wyobraźni. Niczego nie dopowiadał, nie
pozwalał wkraczać do teatru żywiołowi publicystyki. Tworzył zawsze
spektakle głęboko ironiczne, pozornie niezaangażowane w polskie
dzieje. Ale tylko pozornie. Kiedy w 1997 roku Grzegorzewski - mistrz
ironii - został dyrektorem Teatru Narodowego udowodnił, jak
wspaniale otwieranie wyobraźni służy budowaniu narodowej tożsamości.
Nie osiągnie się tego żadnymi deklaracjami ani głoszeniem martwych
frazesów. Jedynie myślenie prowadzi do zrozumienia, a myślenie
wymaga ironii. W latach dziewięćdziesiątych zrealizował m.in.:
WUJASZKA WANIĘ Czechowa (1993), LA BOHEME według utworów
Wyspiańskiego (1995), DZIADY - DWANASCIE IMPROWIZACJI (1995), NOC
LISTOPADOWĄ Wyspiańskiego (1997.), ŚLUB Gombrowicza (1998).
Itaka Krystiana Lupy
Krystian Lupa (ur. 1943), podobnie jak niegdyś Tadeusz Kantor,
powoli budował swój niepowtarzalny teatr i jego skomplikowany język.
Długo czekał też na sukces, na którym zresztą chyba nigdy mu nie
zależało. Teatr nie jest przecież sposobem na zdobywanie
popularności czy rozgłosu. Służy do poznawania duszy ludzkiej i
ducha świata. Dziś Lupa należy do czołówki reżyserów europejskich, a
jego przedstawienia odnoszą sukcesy w całej Europie. Na czym polega
wspaniałość tego teatru? Na bardzo specyficznym potraktowaniu czasu,
przestrzeni i aktora w teatrze, oraz konsekwentnym doborze tekstów.
Przestrzeń sceny oddziela na ogół od widowni półprzejrzysta siatka
(rodzaj przezroczystej czwartej ściany) lub linki rozpięte jak osie
współrzędnych. Aktor - człowiek - postać (granice między
poszczególnymi bytami łatwo się zacierają) zostaje zamknięty w
laboratorium ludzkiej duszy. Czas często uzyskuje swój realny
życiowy rytm, niespieszne tempo, w którym zdarzenia mają szansę
nabrzmiewać i dojrzewać, nieefektownie, ale za to nieodwracalnie,
zmierzając do kulminacji. Aktorzy nie mają prawa grać, uprawiać źle
pojętego rzemiosła polegającego na udawaniu. System gry stworzony
przez Lupę wymaga od aktora niebywałej koncentracji, odwagi i
gotowości sięgnięcia do najskrytszych zakamarków własnej
podświadomości. Rezultaty są olśniewające. Kto raz zobaczy aktorów w
przedstawieniu Krystiana Lupy, naraża się na niebezpieczeństwo
zatrzaśnięcia za sobą drzwi prowadzących do teatru sztampy i rutyny.
Po tak nasyconym przedstawieniu nie da się wrócić do teatru
konwencji, w którym wszyscy próbują wszystkich oszukać. Ta
intensywność gry, prowadzonej często wiele godzin wprowadza widza w
odmienny stan wrażliwości, czyni go gotowym na przyjmowanie
nieznanych wrażeń i bodźców, prowadzi do uniesienia katharsis, do
spotkania z tym, co duchowe. Lupa uparcie diagnozuje kondycję
duchową współczesności, wystrzegając się efektownych
publicystycznych uproszczeń. Dlatego sięga zawsze po literaturę
najwyższej rangi, mistrzowsko adaptując powieści. Żywioł narracyjny
ofiarowuje jego teatrowi epicki dystans pozwalający kanalizować
rozbuchane emocje. Analizy społeczeństwa pogrążonego w chaosie
upadających wartości, w świecie rozpadu i dekadencji prowadzą do
wniosków pełnych nadziei. W nieludzkim uniwersum istnieje ludzka
nadzieja odkupienia: w planie bliższym daje ją sztuka, w planie
ostatecznym - wiara.
Figurą teatru Lupy może być powracający do Itaki Odys - postać z
wizyjnego dramatu Stanisława Wyspiańskiego POWRÓT ODYSA, dwukrotnie
wystawianego przez reżysera. Itaka, do której powraca Odys nie jest
arkadyjską krainą szczęśliwości i miejscem spełnienia. To kraina
rozpadu człowieczeństwa i pierwszych przypisanych mu wartości. Odys,
podążając ku przeznaczeniu, zmierza ku śmierci. Jego miejsce jest w
łodzi Charona. Przeprawa przez wody Styksu jest właściwym powołaniem
człowieka.
Krystian Lupa ma w Starym Teatrze w Krakowie, gdzie zrealizował
swoje najważniejsze przedstawienia, grupę oddanych aktorów, gotowych
zawierzyć mistrzowi, poddać się transowi ciężkiej pracy angażującej
nie tylko umiejętności warsztatowe, ale przede wszystkim prywatne
emocje i niepokoje. Aktorzy Lupy to aktorzy z wielką osobowością
(m.in. Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, Anna Polony, Alicja
Bienicewicz, Andrzej Hudziak, Piotr Skiba, Jan Frycz). W latach
dziewięćdziesiątych Lupa wyreżyserował m.in. spektakle: BRACIA
KARAMAZOW Fiodora Dostojewskiego (1990), MALTE Rainera Marii Rilkego
(1991) >>> KALKWERK Thomasa Bernharda (1992), LUNATYCY Hermanna
Brocha (1995, 1998), IMMANUEL KANT Thomasa Bernharda (1996),
RODZEŃSTWO Thomasa Bernharda (1996). Krystian Lupa prowadzi też
zajęcia z reżyserami i aktorami krakowskiej szkoły teatralnej.
Wulkaniczna potęga
Po latach marazmu teatralnego i pokoleniu czarnej teatralnej dziury,
którą zawdzięczamy nieprzychylnym teatrowi latom stanu wojennego -
wprowadzonego w Polsce przez władze komunistyczne w 1981 roku - na
przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych pojawiła się
wreszcie grupa młodych reżyserów. Nie jest to grupa pokoleniowa, ani
programowa. Łączy ich ze sobą jedynie czas, w którym tworzą swój
teatr oraz potrzeba odkrywania nowej wrażliwości. Co ciekawe, prawie
wszyscy reżyserzy, określeni kiedyś wspólnym mianem "młodszych
zdolniejszych", są uczniami Krystiana Lupy. To chyba jedyny twórca,
który stworzył w polskim teatrze szkołę z prawdziwego zdarzenia. Nie
grupę akolitów i naśladowców, lecz ludzi, którzy potrafili wchłonąć
i przełamać nauki mistrza. Najważniejsi z "młodszych zdolniejszych"
to Grzegorz Jarzyna, Krzysztof Warlikowski, Anna Augustynowicz i
Piotr Cieplak. Oni pierwsi zauważyli, że w Polsce, w której po 1989
roku zmieniło się wszystko, od ustroju politycznego poczynając,
zmieniła się także teatralna publiczność i jej wrażliwość. Nie
pogardzili nową młodą publicznością, której wrażliwość kształtowana
jest w dużym stopniu przez kino, muzykę, telewizję. Wręcz
przeciwnie, czerpiąc ze źródeł kultury masowej, postanowili mówić w
teatrze o ich świecie, ich językiem, dokonując zarazem karkołomnej
próby podniesienia nowej wrażliwości do rangi sztuki, przeniesienia
nowej realności w sferę kultury po to, by tu właśnie dokonać jej
oceny, zbadać nowe przejawy duchowości sprawdzonymi narzędziami
kultury. "Młodsi zdolniejsi" pierwsi zauważyli, że nie można dłużej
udawać, iż świat się nie zmienia, że kultura masowa włada
świadomością, wyobraźnią i symbolicznym myśleniem ludzi młodych. Ich
liberalny teatr, mający w Polsce wielu konserwatywnych przeciwników,
przywrócił wiarę w możliwość teatralnego dialogu z publicznością,
przywrócił wiarę w pełne teatralne sale, a przede wszystkim uratował
ciągłość tradycji teatru polskiego, który zawsze w swoich
najlepszych momentach był teatrem przymierza z publicznością.
Jarzyna, najmłodszy z tego grona, obsypany wszystkimi możliwymi
polskimi nagrodami i wyróżnieniami, zaproszony do udziału w
festiwalu w Awinionie w 2000 roku, jest dyrektorem artystycznym w
warszawskim Teatrze Rozmaitości, głównym przyczółku "młodszych
zdolniejszych", miejsca, gdzie ponosząc najwyższe teatralne ryzyko
próbują oni kształtować nową teatralną estetykę i nową etykę
publiczności.
Zadebiutował BZIKIEM TROPIKALNYM według sztuki Stanisława Ignacego
Witkiewicza (1997). W Starym Teatrze w Krakowie wystawił IWONĘ,
KSIEZNICZKĘ BURGUNDA Witolda Gombrowicza (1998), w Warszawie
NIEZIDENTYFIKOWANE SZCZĄTKI LUDZKIE I PRAWDZIWĄ NATURĘ MIŁOŚCI Brada
Frasera (1998), MAGNETYZM SERCA Aleksandra Fredry - XIX-wiecznego
dramatopisarza utożsamianego z nudnym teatrem szkolnych lektur
obowiązkowych (1999) i DR. FAUSTUSA Tomasza Manna w koprodukcji
wrocławskiego Teatru Polskiego i berlińskiego Hebbel Theater (2000).
Jarzyna mistrzowsko panuje nad przestrzenią scenicznych zdarzeń i
przestrzenią emocji widza. Nie potępia żadnego przejawu nowej
obyczajowości, traktując każdy z równym zainteresowaniem. Wykazując
wielką słabość do pastiszu i swobodę w grze teatralnymi konwencjami,
próbuje nieustannie odzwierciedlać współczesność w lustrze tradycji
i tradycję we współczesności, polemizując z tezą głoszącą, że "świat
się psuje cały naraz".
Anna Augustynowicz, kierująca szczecińskim Teatrem Współczesnym,
uprawia teatr, który można nazwać teatrem obywatelskim. Przedmiotem
troski reżyserki nie są jednak sprawy polityczne czy narodowe, lecz
problem rozpadu więzi międzyludzkich, głębokiego zbydlęcenia, jakie
opanowuje komercjalizujące się społeczeństwo. Augustynowicz nie
unika środków brutalnych, ostrych teatralnych rozwiązań. Chętnie
uwspółcześnia klasykę, wpychając ją w wulgarność nowej codzienności.
Najlepszym spektaklem Augustynowicz jest sztuka MOJA WĄTROBA JEST
BEZ SENSU (1997), oparta na tekście Wernera Schwaba. Świat ukazany w
przedstawieniu przypomina rzeczywistość po wielkiej katastrofie.
Miejsce akcji ogranicza się do jednej kamienicy i żyjących w niej
trzech rodzin. U Schwaba kamienica ma strukturę hieratyczną,
pionową. Augustynowicz sprowadza wszystkich na jeden poziom,
wprowadzając bohaterów do trzech teatralnych mansjonów. W nich
rozgrywa się misterium rozpadu, od którego jedyną ucieczką jest
śmierć. Augustynowicz daleka jest od nachalnej dydaktyki. Nie chce
nikogo pouczać. Każe tylko przyjrzeć się naszemu życiu i wyciągnąć
wnioski z pokazanego obrazu zepsucia. Pokazuje rytuał niemożliwy, bo
uciekający od ofiary umożliwiającej odkupienie.
Krzysztof Warlikowski zaciekawia przede wszystkim nowym widzeniem
dramaturgii Szekspira. Ma już na swoim koncie POSKROMIENIE ZŁOŚNICY
(1998), OPOWIEŚĆ ZIMOWĄ (1997), HAMLETA (1999), PERYKLESA
(wystawionego w Piccolo Teatro w Mediolanie na zaproszenie Giorgio
Strehlera), WIECZÓR TRZECH KRÓLI i BURZĘ (spektakle wyreżyserowane w
Stadt Theater w Stuttgarcie). Do niedawna obowiązywała w Polsce
interpretacja tekstów Szekspirowskich podporządkowana odkrywczym
teoriom Jana Kotta. Dramaty Szekspira sprowadzano najczęściej do
dramatów władzy, światem rządził Wielki Mechanizm Historii.
Warlikowski postrzega dramaturgię Stradtfordczyka jako dramaturgię
egzystencji. Czyta ją zupełnie na nowo, przekładając na język
współczesnej wrażliwości. Spektakle Warlikowskiego stają do
rozliczenia z postmodernistyczną filozofią sztuki. Bardzo często
rzecz zaczyna się w teatrze. Dopiero od metapoziomu zaczyna się
prawdziwa dyskusja, tyle tylko, że teatralny nawias raz na zawsze
podważa ontologię postaci. W HAMLECIE tytułowy bohater
skoncentrowany jest na odkryciu własnej tożsamości. Porusza się w
świecie zła, ale zło nie ma tu żadnej jednoznacznej definicji.
Trzeba je poznać, bo jest strukturą świata. Hamlet grany jest jak
historia rodzinna, z ostentacyjnym lekceważeniem wątków politycznych
sztuki, niegdyś najważniejszych w polskim teatrze. W POSKROMIENIU
ZŁOŚNICY reżyser niespodziewanie wywraca finał przedstawienia,
zmieniając wymowę całego tekstu. Pokonana Kasia nie wygłasza
wiernopoddańczego monologu, nie godzi się na ślepe posłuszeństwo
mężowi. Pełna stłumionego gniewu i rozpaczliwego oburzenia mówi jak
feministka, podważając ustalony tradycją porządek relacji
międzyludzkich.
Drugim autorem wystawianym przez Warlikowskiego jest Bernard Maria
Koltes. ROBERTO ZUCCO i ZACHODNIE WYBRZEŻE to dwie wędrówki w głąb
mrocznej duszy współczesności, mrocznego ducha świata, próbujące
odtworzyć rytuał, nawet jeśli droga do tego prowadzi przez śmierć.
Udana okazała się także konfrontacja reżysera z Gombrowiczem.
Ostatnio Warlikowski zaczął reżyserować opery. W Warszawie wystawił
światową prapremierę PROGRAMU MUZYCZNEGO Roksany Panufnik oraz DON
CARLOSA.
Warlikowski pracuje stale z Małgorzatą Szczęśniak - niewątpliwie
najzdolniejszym scenografem młodszego pokolenia i kompozytorem
Pawłem Mykietynem uhonorowanym prestiżowymi europejskimi nagrodami
kompozytorskimi. To wyjątkowy zespół artystów wzajemnie się
dopełniających i inspirujących.
Piotr Cieplak prowadzi swój teatr w stronę teatru naiwnego. Usiłuje
przywrócić moralny ład, wierząc w łagodność ludzkiej natury i jej
dobroć. Jego najlepsze przedstawienia oscylują wokół spraw
religijnych: HISTORYJA O CHWALEBNYM ZMARTWYCHWSTANIU PAŃSKIM (1993,
1994) opiera się na XVI-wiecznym misterium Mikołaja z Wilkowiecka. Z
kolei HISTORIA O MIŁOSIERNEJ Suassuny (1998) jest próbą zbudowania
współczesnego moralitetu. Cieplak otwarcie zaadresował swój teatr do
młodzieży i zyskał jej żywiołową akceptację. Używa teatru jako
narzędzia świeckiej katechezy, naucza o miłości, ofierze i
przebaczeniu. Jego przedstawienia wędrują w stronę teatru
baśniowego, wielkiej przypowieści z morałem. Ma to swoje
konsekwencje w używanych środkach teatralnych. Całość sprawia
wrażenie wyrafinowanego amatorstwa. Rzeczywistość jest jeszcze nie
do końca gotowa. Anioł ma przyprawione teatralne skrzydła i nie
usiłuje tego ukrywać, Chrystus nie do końca potrafi odnaleźć się w
nałożonej na niego roli, dekoracje wyglądają jak przygotowane
domowymi metodami. Cieplak konstruuje kolejną odrębną poetykę na
wzburzonej wulkanicznej wyspie.
Paradoksalnie "młodsi zdolniejsi" (Jarzyna, Warlikowski,
Augustynowicz, Cieplak) poczuli się najbardziej odpowiedzialni za
widownię pokoleniowo rówieśną lub młodszą, która nie mogła znaleźć
swojego teatru w instytucjach repertuarowych. Działalność teatralna
"młodszych zdolniejszych", posiadająca wielki walor pedagogiczny, w
najlepszym tego słowa znaczeniu, nie ma nic wspólnego ze
schlebianiem nowej wrażliwości i nowemu systemowi wartości. Jest
mądrą i dobrze wyważoną próbą perswazji zaopatrzonej w najwyższą
jakość artystyczną. "Młodsi zdolniejsi" kontynuują tradycję teatru
autorskiego, budując, każdy osobno i na własną rękę, nowy język
teatralny.
Wyspy alternatywne
Teatr alternatywny odegrał kluczową rolę w polskim życiu teatralnym
lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Był miejscem, w którym
hartowały się niezłomne postawy etyczne (z tego powodu podlegał
często politycznym represjom) i, co z dzisiejszej perspektywy
ważniejsze, nowa estetyka teatralna, nowe środki wyrazu. Był
miejscem eksperymentu artystycznego, którego zdobycze przyswajał
następnie teatr repertuarowy, poszerzając własne środki wyrazu.
Teatr Ósmego Dnia, Provisorium i Akademia Ruchu to zespoły
działające do tej pory, stanowiące nie tylko żywą legendę
alternatywy, ale nadal tworzące bardzo ciekawe przedstawienia,
stanowiące dziś, paradoksalnie, klasykę alternatywy, jeśli tego
rodzaju contradictio in adiecto jest w ogóle możliwa. "Młodszych
alternatywnych" nie ma w tej chwili zbyt wielu. Ten rodzaj teatru
stracił swoją niegdysiejszą powszechność, nieomal masowość, przestał
być podstawowym środkiem wyrazu dla ludzi zbuntowanych. Zresztą bunt
przebiega teraz innymi drogami. Ciągle jeszcze nie doszli do głosu
ludzie urodzeni po roku 1989, którzy, będąc obywatelami nowej
Polski, zupełnie inaczej sformułują swoje artystyczne wypowiedzi i
społeczne oczekiwania. Z nowych zespołów alternatywnych, gdzie
alternatywność oznacza dziś przede wszystkim sposób pracy,
niezależność od struktur repertuarowych i konieczności realizowania
planu premier i przedstawień, najciekawsze to Biuro Podróży,
Porywacze Ciał i najmłodsza w tym gronie Komuna Otwock.
Biuro Podróży, założone przez Pawła Szkotaka w Poznaniu, teatru
uczyło się w dużej mierze od Teatru Ósmego Dnia. Zaczynali od
ironicznej kontestacji nowej rzeczywistości. Z czasem w ich
przedstawieniach pojawiła się ogromna siła poezji, która pchała
spektakle w stronę metafizyki. Biuro Podróży szybko wyszło ze swoimi
przedstawieniami na ulicę, trafnie przewidując odwrót publiczności
od teatru. Skoro ludzie nie chcą przychodzić do teatru, teatr
zacznie przychodzić do nich, atakować ich w miejscach codziennych.
Biuro Podróży pokazuje swoje przedstawienia na całym świecie,
zdobywając też wiele festiwalowych nagród (między innymi prestiżowa
nagroda Fringe First w Edynburgu w 1995 roku). Najlepsze spektakle
to: GIORDANO - poetycka opowieść o obronie prawdy i nieugiętości
jako wartości konstytuujących ludzką godność i zdolność do ofiary;
CARMEN FUNEBRE - spektakl analizujący okrucieństwa wojny, będący
protestem przeciwko wydarzeniom w byłej Jugosławii, i najnowsze
widowisko uliczne SELENAUCI, pokazujące na przykładzie dziejów
podboju kosmosu niszczycielską siłę totalitarnych sukcesów, którą
poskromić może dana każdemu człowiekowi zdolność poetycka.
Porywacze Ciał także działają w Poznaniu. Nazwa nawiązuje do filmu
Dona Siegela INWAZJA PORYWACZY CIAŁ, gdzie kosmici zaatakowali
ziemię i ludzi zastępowali ich cielesnymi kopiami pozbawionymi
duszy. Teatr Porywacze Ciał zaczął działać w 1992 roku. Ich
spektakle demaskują ukryte mechanizmy komercyjnego raju, próbując
przywracać właściwą hierarchię wartości i podkreślając wagę więzi
międzyludzkich.
Najbardziej radykalną propozycją alternatywną jest działalność
teatralna Stowarzyszenia Komuna Otwock. Stowarzyszenie działa od
początku lat dziewięćdziesiątych w podwarszawskiej miejscowości
Otwock. Działalność teatralną anarchizująca grupa rozpoczęła w roku
1998. Do tej pory zrealizowali trzy widowiska: BEZ TYTUŁU, MIASTA i
TRZEBA ZABIĆ PIERWSZEGO BOGA. Widowiska, tworzące specyficzny
teatralny rytuał, walczą o poszerzenie wolności myślenia i wolności
wyrażania w teatrze. Oto manifest towarzyszący najnowszemu
spektaklowi:
"Dzień Dobry. Komuna Otwock prezentuje sztukę agitacyjną pod tytułem
'Trzeba zabić pierwszego Boga'. Forma rytuału i odniesienie do
mitologicznych początków służą poruszeniu tego, co jest przyczyną
Problemu/Człowieka. Sensem jest ciągła gotowość do Przebudzenia, bo
przetrwanie jest podstawową formą życia - nie szczęście, nie sztuka,
nie miłość. A inna droga zaczyna się gdzieś między okiem i sercem.
Nazywa się patrzeć-Widzieć, odczuwać-Działać. Sensem jest stan
nie-Snu, który czasami nazywamy rewolucją. Dzień Dobry."
Komuna Otwock jest jednym z przykładów odnowienia teatru
zaangażowanego.
Warto odnotować też działalność Towarzystwa Wierszalin z Supraśla,
które w latach dziewięćdziesiątych zyskało renomę, realizując w
oryginalny sposób formułę teatru lalkowego. Towarzystwem kieruje
Piotr Tomaszuk, a do niedawna głównym dramaturgiem w tym teatrze był
Tadeusz Słobodzianek, uważany za jednego z najciekawszych
współczesnych autorów piszących dla teatru. Inspiracją dla spektakli
Towarzystwa Wierszalin jest kultura pogranicza polsko-białoruskiego.
Wyspa narodowa
Warszawski Teatr Narodowy otwarto w 1765 roku. Był pierwszym polskim
teatrem zawodowym stworzonym za czasów ostatniego króla Polski, u
progu rozbiorów. Burzliwe były dzieje tej sceny, która od początku
istnienia była ostoją polskości. Jej najnowsza historia to
kompromitacja w czasie stanu wojennego, kiedy to teatr stał się
posłusznym narzędziem manipulacji prowadzonej przez ówczesne władze,
zakończona wielkim pożarem i ciągnącą się w nieskończoność odbudową.
Pod koniec odbudowy w polskim środowisku teatralnym rozgorzała
wielka dyskusja o przyszłym kształcie sceny narodowej i idealnym
kandydacie na dyrektora. 19 listopada 1996 na odbudowanej scenie
pokazano spektakl DZIADÓW Adama Mickiewicza, wyreżyserowanych w
Krakowie przez Jerzego Grzegorzewskiego - obecnego dyrektora sceny
narodowej.
Grzegorzewski konsekwentnie wystawia na scenie narodowej dramaty
Stanisława Wyspiańskiego oraz własne przedstawienia autorskie.
Zaprosił do współpracy dawnych dyrektorów sceny narodowej -
Kazimierza Dejmka i Adama Hanuszkiewicza. Z jednej strony powstaje
tu swoiste żywe muzeum teatru polskiego, w którym oddaje się cześć
dawnym wielkościom, z drugiej Grzegorzewski konsekwentnie tworzy
swój teatr autorski, nieustannie eksperymentując i badając granice
synkretyzmu sztuk w teatrze. Mimo odważnej modernistycznej formy te
właśnie przedstawienia znakomicie spełniają wymogi repertuaru
narodowego. Grzegorzewski tworzy otwartą przestrzeń dla wyobraźni
narodowej. Gromadzi w swoich przedstawieniach narodowe symbole,
dźwięki i barwy. Tu najpełniej wyraża się istota polskości
pojmowanej jako kategoria estetyczna, polskości nie prowincjonalnej
lecz europejskiej, wolnej i rozbuchanej. Ta teatralna księga
narodowej wyobraźni podszyta jest głębokim sceptycyzmem i ironią
twórcy, jest wizją bardzo osobistą podnoszoną nieustannie do rangi
powszechności. Grzegorzewski kontynuuje etos modernistycznego
artysty. Wciąż bawi się z publicznością, prowokując ją do myślenia,
otwiera wrota wyobraźni, nie decydując się nigdy na dopowiadanie
czegokolwiek do końca. Narodowy ironista na stanowisku dyrektora
sceny narodowej jest gwarancją najwyższego intelektualnego
wyrafinowania pokazywanych tu przedstawień. Sam Grzegorzewski mówi
ostatnio, że tworzy teatr dla ludzi dojrzałych. Deklaracja ta zdaje
się być kolejną prowokacją, próbą wywołania konfliktu pokoleniowego
z "młodszymi zdolniejszymi". Prowokacją, bo przecież Grzegorzewski
ze swym nieokiełznanym imaginarium pozostaje twórcą młodym i wciąż
poszukującym mimo dojrzałego wieku.
Drugim teatrem w Polsce posiadającym status sceny narodowej jest
krakowski Stary Teatr. W powojennej Polsce wielokrotnie był on
najwybitniejszą sceną w kraju i jedną z pierwszych w Europie.
Znakomicie potrafił wykorzystać oddalenie od podporządkowanej
polityce Warszawy. Tu pracował Tadeusz Kantor, Jerzy Grotowski,
Konrad Swinarski, Jerzy Jarocki, Andrzej Wajda, Jerzy Grzegorzewski,
Kazimierz Kutz.
I jeszcze inne wyspy
Stowarzyszenie Praktyk Teatralnych Gardzienice założył Włodzimierz
Staniewski w 1976 roku w podlubelskiej wsi, która do tej pory
pozostaje siedzibą zespołu. Staniewski zakończył wtedy pięcioletni
okres współpracy z Teatrem Laboratorium Jerzego Grotowskiego. Grupa
tworzy przedstawienia teatralne, ale przede wszystkim prowadzi
badania kultury ludowej, poszukiwania etniczne i antropologiczne.
Członkowie zespołu biorą udział w wyprawach. Tam powstają kształty
przyszłych przedstawień, które coraz silniej ewoluują w kierunku
nowożytnych misteriów, odradzających tragedię z ducha muzyki.
Najnowszy spektakl METAMORFOZY (1997), zrealizowany według ZŁOTEGO
OSŁA Apulejusza, ma podtytuł "etnooratorium". Warunki życia i pracy
międzynarodowego zespołu przypominają trochę warunki klasztorne.
Największe wrażenie robią przedstawienia oglądane w samych
Gardzienicach, wsi zagubionej i zapomnianej przez świat
cywilizacyjnych przemian.
W Lublinie zaś od kilkudziesięciu lat działa teatr Leszka Mądzika -
Scena Plastyczna Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. To wyspa
zupełnie osobna. Mądzik od lat konsekwentnie realizuje teatr
próbujący przeniknąć tajemnicę umierania, śmierci i życia
pozagrobowego. Jego przedstawienia ulegają stałej redukcji,
ograniczeniu środków wyrazu. Mądzik dawno już zrezygnował z używania
koloru, ogranicza też ilość światła. Cały czas balansuje na krawędzi
widzialności teatralnych obrazów, jakby próbując przekonać widza, że
widzenie w ciemności jest możliwe. A kto zacznie widzieć w ciemności
zobaczy to, czego normalnie oko zobaczyć nie może, przeniknie
tajemnicę, najpilniej strzeżoną przed ograniczonym ludzkim
poznaniem. Aktorami w teatrze Mądzika są studenci KUL, regularnie
wymieniani, traktowani konsekwentnie jak jeszcze jeden znak
plastyczny w teatrze, na równi z przedmiotami, światłem i
przestrzenią. Widz oglądający teatralne dzieła Mądzika, zaczyna
wierzyć, że już za chwilę zobaczy całą prawdę, dozna epifanii.
Planeta-Polska wciąż jeszcze wierzy, że teatr może ją zbawić. To
największa siła wielkiego archipelagu na naszej małej planecie.
Archipelagu bardzo skomplikowanego i rozległego, ale
podporządkowanego wciąż prymatowi wartości artystycznych. Teatr
służy poznaniu.
Piotr Gruszczyński
http://www.culture.pl
|